fot. Rafał Czerwiakowski

JN: To musi być bardzo miłe, kiedy odbierasz na poczcie przesyłkę, a w niej rzeczy od kogoś, z kim dawno temu rozmawiałeś i obiecał pamiętać o Tobie i muzeum. Przypuszczam, że gdyby informacja o Twoim przedsięwzięciu była bardziej rozpowszechniona, mógłbyś liczyć na zasilenie zbiorów materiałami na przykład z likwidowanych sklepów. Pamiętam historię, którą mi opowiadałeś, o sklepie w likwidacji, który wyrzucił na śmietnik drewnianą kasetę Parkera i całe stosy katalogów, dzień przed tym, jak zaglądnąłeś zapytać o możliwość ich zabrania. To musiało być frustrujące!

RC (wzburzony, wspomnienie wyraźnie go poruszyło): Bardzo!

JN: Tym mocniej podkreślmy wartość gestów, których doświadczasz ze strony sklepów, firm i osób prywatnych. I zaapelujmy o to, by nie pozbywać się pochopnie różnego rodzaju drobiazgów związanych z piórami, pozornie bezużytecznych. Muzeum, które organizujesz, chętnie je przygarnie. Apelujemy?

RC: Gorąco!

JN: Przyznasz, że osobie spoza środowiska, czy nawet tylko mniej zwariowanej na punkcie piór, zbieranie pudełeczek z pustymi nabojami po atramencie, może wydać się objawem obłędu. Jak rozumiem, w tym szaleństwie jest metoda. Chodzi o to, że co dziś nie jest atrakcyjne, za kilka – kilkanaście – kilkadziesiąt lat będzie stanowiło trudną do pozyskania ciekawostkę?

RC (bierze do ręki pudełko po nabojach Sheaffera i bawi się nim): Istotnie.

JN: Wygląda na to, że Twoje przedsięwzięcie jest w pewnym stopniu piórowym crowdfundingiem. Wróćmy do zasadniczej części twoich zbiorów, czyli piór wiecznych. Jak to się zaczęło? Czy krążąca po mieście plotka o człowieku, który zaoferował Ci wiele lat temu pióro wieczne w zamian za pół litra jest prawdziwa? To było Twoje pierwsze pióro, poza szkolnymi?

RC (uśmiecha się pod nosem): O tak, tak.