Żył sobie kiedyś chłopiec, który bardzo czegoś chciał. Marzył o tym. Ciągle o tym mówił.
Jak będę duży, to zrobię tak i wtedy zobaczycie – powtarzał i zamęczał wszystkich opowieściami o tym, jak to będzie kiedy jego marzenie się spełni.
Mijały dni, tygodnie i lata. Każdy w rodzinie, w klasie, a nawet całej miejscowości wiedział, o czym marzy chłopiec. To pragnienie zrosło się z nim tak bardzo, że używał go jako przezwiska, a kiedy zaczął pisać i robić zdjęcia, zostało jego pseudonimem artystycznym, jego godłem, którym oznaczał prace. Byli jednością.
Nie muszę chyba tłumaczyć, że wszyscy wspierali chłopca w realizacji marzenia jak tylko mogli. Rodzice najpierw cierpliwie słuchali, potem podsuwali lektury i filmy, planowali odpowiednio wszelkie wyjazdy, a nawet szeptali krewnym odpowiednie sugestie przed urodzinami. Podpowiadali odpowiedni wybór szkół, najważniejszych przedmiotów i zajęć pozalekcyjnych. Zdobywali kontakty. Sprzyjali.
Kiedy składano mu życzenia, nikt nie mówił: „spełnienia marzeń”. O nie. Każdy wiedział, że marzenie jest tylko jedno i to właśnie jego realizacji należy życzyć. Mówiono więc: „spełnienia Marzenia”. I nawet nie trzeba było nic dodawać, ani porozumiewawczo się uśmiechać. Wiadomo przecież.
Chłopiec stał się chłopakiem, a potem w mgnieniu oka przeobraził się w mężczyznę. Żył zanurzony we wsparciu, wypełniony wykarmionym pragnieniem, które pachniało szczęściem. Kiedy w jego życiu pojawiła się kobieta, a potem dzieci, nic już nie mogło stanąć mu na drodze. Wystarczyło cierpliwie czekać.
I rzeczywiście. Pewnego niedzielnego poranka, kiedy wychodził do ogrodu pić kawę, stało się. Prawie się przez nie wywrócił, ale w ostatniej chwili udało mu się złapać poręcz i usiąść w fotelu. Przez chwilę tkwił tak z głupią miną, ale wreszcie dotarło do niego, że to już. Zimna poduszka na siedzisku otrzeźwiła go trochę i zdziwił się, że nie czuje radości, a tylko żal i tęsknotę za tym, co jeszcze można było zrobić, żeby się ziściło.
Brzęk toczącego się po tarasie kubka skruszył chłodne powietrze. Z kolczastego pędu róży poderwał się maleńki ptaszek i migocząc pomarańczowym płomykiem na głowie, dał nura w gęste krzewy.
jn, BB, 2026-04-10
PS
Na zdjęciu zniczek, jeden z najmniejszych ptaków w Polsce. Ile razy próbowałem go sfotografować! Bez skutku. Choć muszę przyznać, że nie podejmowałem jakichś szczególnych wysiłków. A kilka dni temu przyfrunął mi do ogrodu. I już. Stało się.
Polecam też Twojej uwadze ten tekst: Pożegnanie lata w Bieszczadach [wiersz inspirowany przyrodą]
O zniczku można przeczytać np. w Wikipedii.