Kredki wypadły mi z tornistra

Wiem dlaczego to czytasz. Ciekawi Cię, z jakiego tornistra mi te kredki wypadły. Ciekawi Cię to, bo niby jaki tornister ma mieć nieogolony koleś po czterdziestce. I jakie kredki, skoro nie wygląda na to, żeby rysował.

Przyciągnął Cię tu kontrast pomiędzy tym, co piszę, a tym, czego można by się po mnie spodziewać. I dobrze, tak ma być. Wiesz, że dzisiaj jest Dzień Kredki? Nie świętuję go, choć kredki bardzo lubię. Czasem wstępuję do sklepu plastycznego, by oglądać sterty kredek w przegródkach. Albo patrzeć na równo ułożone kredki w zestawach.

Lubię też obserwować, jak się kredki zużywają. Najlepiej to widać, jeśli po rysowaniu komplet wraca do pudełka. Kredki, inaczej niż drzewa i ludzie, „rosną”, skracając się. Od razu widać, który kolor jest częściej w użyciu. Niebieski, żółty i zielony? Wiadomo: niebo, słońce, łąka. A jeśli czarny, czerwony i brązowy? Noc, jakaś bestia, może mroczny las. Zgaduję i zerkam na rysunki dzieci, czy trafiłem. Niezbyt.

Zielony smok strzelał żółtym ogniem, by roztopić niebieski lód. W lodzie uwięziony był czarny smok, z czerwonym językiem i brązowym ogonem. Hmmm… fajny kontrast pomiędzy tym, czego się spodziewałem a tym, jak było.

Czasem kredka szybciej się zużywa, bo jest połamana w środku i ciągle trzeba ją temperować. Ciekawiłem się kiedyś, czemu różowa tak szybko skróciła się o połowę. Niechętnie jej używali i niezbyt o nią dbali, ciągle gdzieś upadała. Kiedy z rzadka trzeba było rysować różowym, co chwilę wędrowała na ostrzenie.

Gdzie mi te kredki wypadły? Jedne w zespole. Mieliśmy kiedyś zespół muzyczny (stare dzieje) i jak każda szanująca się kapela mieliśmy też projekt poboczny. Tam cały zamysł oparliśmy na kontraście pomiędzy błazeńskimi tekstami a ciężką muzyką w manierze deathmetalowej. Mniejsza o jakość. Mieliśmy taki numer, którego fragment pamiętam do dziś.

Kredki! Wypadły mi z tornistra.
Kredki! I matka płaczu bliska.
Kredki! Jak powiedzieć tacie,
Chociaż jest po wypłacie.

Burczany ponuro utwór niezmiernie cieszył i nas, i odbiorców, gdy z rzadka mieliśmy okazję komuś go zagrać. Bawiliśmy się świetnie, a kiedy dla żartu nagraliśmy parę fragmentów prześmiewczych pieśni, z towarzyszeniem przypadkowo napotkanego trębacza, dostrzegliśmy spory kontrast pomiędzy tym, jak niewiele oczekiwaliśmy, a jak ciekawie to wyszło. Ostatecznie "zabiliśmy" ten projekt, bo był zbyt krotochwilny, a my mieliśmy wiele poważnych spraw do załatwienia.

Kiedy dzisiaj zobaczyłem, że jest Dzień Kredki, przypomniałem sobie tamte zdarzenia i to, jak nam te kredki wypadły z tornistra, i już ich nie podnieśliśmy. Ile takich kompletów zużywamy w życiu? Kiedy zaczynamy jakiś etap, otwiera się pełne pudełko planów, marzeń, ambicji. Które pozostaną nietknięte? Które kolory zużyjemy szybko? A które od początku będą popękane w środku i tylko zabiorą czas na ostrzenie? Jak szybko sięgamy po nowy komplet, kiedy zagubimy gdzieś stary?

A może kredki to my? Malejemy z czasem, zaznaczając swoją obecność mniej lub bardziej starannie. Jedni dokładnie kolorują mandalę, inni kreślą burzę splątanych linii. Co sprawia, że ludzie patrzą na nasze życie jak na arcydzieło, albo bohomaz bez wartości? Kiedy w ogóle zauważają nasz ślad? Czy decyduje grubsza linia, duże plamy kolorów, czy finezja, delikatność, precyzja? Czy to ważne, żeby ktoś widział, jak siebie rysujemy?

A może ważniejsze, czy komplet leży ledwie tknięty, niemal nienaruszony, czy może raz po raz używany, obsypany stertą strużyn od ciągłego temperowania? Czy może wypadł gdzieś po drodze i nikt go nie szuka?

Zastanawiałem się nad zdjęciem na Instagram w związku z dzisiejszą okazją. Znalazłem niedawno zrobione, po akcji ostrzenia kredek. Kadr pełen skrawków kolorowego drewna. Dodam życzenia wszystkiego najlepszego. To za duży kontrast? Czy takie jest życie?

J.