Oświadczenie w sprawie róż i nie tylko

W związku z tym, że jest niedzielny wieczór, chciałbym złożyć oświadczenie w ważnej, życiowej sprawie, w sprawie róż. Chodzi o to, że są to cholery i france. Nie lubię róż. Kłujące to, choruje jak diabli, sypie płatkami jak dzieci na Boże Ciało i rozrasta się pędami na ścieżkę, przez co od wiosny do jesieni chodziłbym z pozaciąganymi rajtuzami, gdybym je od wiosny do jesieni nosił. Nie noszę, dlatego zaciągają mi bojówki i boleśnie ranią me szlachetne uda i łydki, kiedy ganiam po ogrodzie w częściowym negliżu.

Tak więc oświadczam, że nie lubię róż.

Od początku naszej znajomości byłem pewny, że padną. One jednak jakoś przetrzymują zarazy, odbijają na wiosnę, puszczają kolejne pędy, mnożą pąki. Ile już razy byłem bliski namówienia Jej Wysokości, by zaakceptowała plan eksterminacji. Plan misterny, okrutny i ostateczny: wyciąć, wykopać, spalić. Bo chore, zarażają inne rośliny i trzeba chemii, żeby je wyleczyć, a tej nie chcemy. Już byliśmy po słowie, że trudno, niech giną.

Ale to sprytne jest i przebiegłe istnienie. Najpierw wiosną jakoś zdrowo wygląda. Potem, zanim zdążę się za nie wziąć, jakoś szybko rozkwita, otwiera się do słońca, epatuje pięknem, zamienia światło i wodę na życie, przerabia to na kolory i ani myśli przestać. Tak do jesieni. I nie, nie do września, czy października. Do lis-to-pa-da! Byle doczekać, aż zacznie lać bez przerwy. Bo plan planem, ale w deszczu nie będę niczego zabijał. Co to, to nie. I tak rok w rok.

Nie lubię róż.

Toleruję je, poza dwoma wyjątkami o, że tak powiem, przeciwnych wektorach. Jeden wyjątek jest taki, że nie. Nie toleruję. Pewien krzak luzem rosnący, kłujący, rachityczny, zdziczały, chory do cna, wyciąłem i wykopałem starannie.

Drugi wyjątek jest taki, że nie toleruję, a lubię. Czyli na tak. To ta róża ze zdjęcia.  Nie wiem dlaczego, ale mam do niej słabość. Gdyby to był człowiek, to by wyglądał, jak by się miał zaraz przewrócić, ale to byłby najpiękniejszy człowiek na świecie. Mam podejrzenie, że ona ratuje resztę, obok której rośnie, bo to do niej zawsze zaglądam, sprawdzając, czy tym razem odżyły. A jak zakwitnie, to już wiadomo.

Spokojnego niedzielnego wieczoru. Burza, co miała być, ale ją odwołali, chyba jednak będzie. Całkiem jak z nową płytą Tool.

PS.
W kontekście tego, o czym się dużo ostatnio w Polsce mówi (bo dużo się dzieje), chciałbym dodać, że nie lubię użycia słowa tolerancja wobec ludzi. Ma ono dla mnie w sobie ładunek negatywny i znaczy mniej więcej tyle, że się komuś pozwala żyć, albo na coś innego się mu zgadza. To dlatego często występuje w konstrukcji „jestem tolerancyjny, ale”.

Jak się go użyje w odniesieniu do tego, co człowiek może, albo nie, to jeszcze obleci. Dlatego toleruję, że moi sąsiedzi nieco zbyt często grillują, zadymiając okolicę, bo ogólnie to bardzo spokojni ludzie są i za ten spokój mogę im ten dym wybaczyć. I to, że za śpiewanie ładnych piosenek w ich języku biorą się dopiero pod koniec imprezy, najczęściej okrutnie fałszując.

Ale nic mojej tolerancji do tego, że są Ukraińcami, albo że są niscy, czy wysocy. Nie ma tu nic do zgadzania się i tolerowania. I w tym kontekście mam też taką refleksję, że za długo tolerowaliśmy w naszym pięknym kraju to, że się niektórych ludzi tylko toleruje, łaskawie pozwalając im żyć, ale zabraniając takiego życia, jak ma większość, bo większość właśnie toleruje tylko, a nie akceptuje.

Jeśli od tolerancji nie przejdziemy do akceptacji, to nas ten wagonik pod nazwą „nur fur hetero” zawiezie prosto tam, gdzie bardzo podobny zawiózł miliony ludzi nie tak dawno temu.

Ta starannie wykopana odrosła.