Tupot małych stóp. Pochwała deszczowej niedzieli.

Siedzę w domu w niedzielę i próbuję dogonić poziom zero w pracy. Za oknem deszcz. Niewyspanie z niskim ciśnieniem sprawiają, że jeszcze trochę i wyszuram w płytkach (IV klasa ścieralności!) ścieżkę do kącika z kończącą się ratunkową kawą. Szczęśliwie dzieciaki, z którymi zostałem na przedłużony weekend, przejmują część zadań i skutecznie podnoszą mi ciśnienie.

Nie, to nie jest wstęp do gorzkiego tekstu o wypaleniu. Nie, to nie jest wstęp do odkrywczego raportu ojca, który został sam z dziećmi na parę dni i oto dowiaduje się, że życie nie dzieje się samo. I nie jest to początek rozważań o wyższości yerby nad kawą, albo możliwości zastąpienia kawy jogą i równym oddechem.

To przydługi wstęp do pochwały deszczowej niedzieli w pracy, z dziećmi na głowie i szumem niskiego ciśnienia w tejże. Niedzieli, która w ramach wyrównania daje niespodziane prezenty.

Przystępuję do chwalenia, które uprawiałem w ramach autoterapii na koniec bardzo trudnego weekendu. Afirmowałem z najwyższym zaangażowaniem! Jakże dobrze jest siedzieć w domu przy stole i pisać o tym, co się lubi. Jakże miło jest od czasu do czasu zanotować myśl poboczną na później ulubionym piórem, które się napełniło niezbyt drogim, ulubionym atramentem. Jakże miło jest bawić się w strażaka, pracując jednocześnie. Z uwagi na przymocowanie do stanowiska pracy, z marszu zostaje się dowódcą. Co za awans!

Jakże niezwykłych doznań dostarcza gaszenie kolejnego pożaru w remizie zlokalizowanej pod stołem, której lokatorzy przeżywają rozliczne trudności z osiąganiem konsensusu. Co ciekawe, zawsze „idą” na herbatniki i czytanie o Paddingtonie. Jakże te wszystkie cudowności doskonale współgrają z… kwakaniem dobiegającym z ogrodu.

Tu rozlega się brzęk kruchej konstrukcji, którą pieczołowicie budowałem, próbując jakoś przetrwać. Kwakanie? W ogrodzie? Niby nic dziwnego, sąsiad z drugiej strony ulicy ma jakieś nieloty i one kwaczą donośnie. TO kwakanie dobiegało jednak dokładnie spod moich okien. Z bliska. Tuż spod.

Trzeba przyznać, że los ma ciekawe pomysły. Niedziela, deszcz, środek miasta, a ja zaganiam cztery śliczne kaczki, które kwacząc z niepokojem dreptały przez ogród.

Widywałem je już „na wagarach”, ale tym razem skorzystały z otwartej na chwilę bramy, by wpaść z sąsiedzką wizytą. Kiedy wreszcie wyszły na drogę i pomaszerowaliśmy w stronę ich domu, usłyszałem dźwięk, który rozbawił mnie do łez i sprawił, że deszcz, zmęczenie i niskie ciśnienie przestały doskwierać.

Posłuchajcie i wy, tak człapie biegus indyjski (odnośnik do wideo na Youtube - kkoniecznie z dźwiękiem!). Tupot małych stóp na żywo. Polecam na deszczowe, trudne, pracowite niedziele.

janykiel