W weekendy nie funkcjonuję za dobrze, zwłaszcza wtedy, kiedy moja luba zabiega o środki na miseczkę ryżu, a ja zostaję w bunkrze. Jak to w bunkrze bojowym – jest co robić, nie inaczej niż przez całą resztę tygodnia. Senne marzenie o zapracowanych pięciu dniach i wolnych dwóch kolejnych to bańka związkowców.

Oczywiście załoga bunkra, zamiast przebywać w ośrodkach szkoleniowo-wychowawczych, w tym czasie jest na przepustce i swoim porykiwaniem oraz roszczeniami od rana, dba o odróżnienie soboty i niedzieli od pozostałych dni. Czy na plus, to już temat na dyskusję panelową podczas XX Plenarnego Zjazdu Partii Niewyspanych Rodziców (Budziszyn 2019), do którego nie dojdzie, bo nikt nie da rady się wyrwać, nawet w niedzielę, tak cudownie uwolnioną przez byłego komandosa z kumplami.

Przy okazji, też to widzicie, że kiedy trzeba towarzystwo zedrzeć z łóżka, by trafiło do szkoły na czas, dajmy na to we wtorek, trzeba użyć ciągnika rolniczego albo rozsiewać apetyczne zapachy po domu, jednocześnie wokalizując informację o nieograniczonym dostępie do ich źródła i możliwych premiach rzeczowych, a gdy przychodzi sobota (albo magiczna, święta niedziela) to ścigają się ze słońcem na wstawanie? No ja pierdziu! Rodzice powinni podlegać pod KRUS, bo to jest jakaś orka na ugorze. Nota bene, chyba kupię sobie spraye z zapachem croissantów i innych takich. Zanim huncwoty się wyszkolą, że to ściema, będzie mniej roboty.:P

Dobrze, co więc robi się w weekend, zamiast się byczyć?

No jak to, co? Ognia się daje! Poza rytuałem pod nazwą „w ten weekend nadrobię zaległości z pracy”, są wszystkie te sobotnio-niedzielne rozkoszne, elektryzujące sprawy, które kochamy bezgranicznie (a skoro o tym mowa, wstałem właśnie na chwilę od komputera, bo mi się przypomniało, że mam włączyć pranie, żeby schło już, żeby potem jeszcze włączyć drugie, które można suszyć w suszarce, żeby mi huczała nad łbem cały wieczór, niech ją szlag).

Wdrażam więc procedurę deburdelizacji otoczenia, inwentaryzuję pojemniki na jedzenie (przy okazji lokalizuję organiczne źródło smrodku w pokoju dzieci), zbieram porzucone w panice porannych ewakuacji fragmenty odzienia, które jakimś cudem umknęły oku wcześniej. W skrócie: aktywność, zabawa, wyzwania.

Jeśli na moim profilu na Insta nie widzicie zdjęć z różnych ekstremalnych eskapad, to tylko dlatego, że chcę całym sobą chłonąć ich uwodzicielskie piękno, bez rozpraszania się drobiazgami. Przecież wspinam się na Wielki Szczyt Pranija w łańcuchu Gór Tekstylnych. Nurkuję w Rafach Naczyniowych, zdzieram gardło, dopingując dzieci startujące w charytatywnym Biegu Układania Zabawek, w którym z jakiegoś powodu nie wyznaczono mety.

I to tylko część frajdy. Nie, żebym nie robił krótszych wypadów w tygodniu, ale zawsze coś się uzbiera ekstra, a poza tym, wraz ze zbliżaniem się weekendu, rośnie pokusa odłożenia rozrywek na te dwa cudowne, magiczne, wolne dni. Ogień, co?

Dziś do tego doszedł prawdziwy ogień, choć szczęśliwie w skali mikro.

Próbowałem właśnie w kuchni otworzyć drugie oko nad kawą, upewniając się w myślach, że na pewno nakarmiłem dzieci i wyrzuciłem odpadki, a nie odwrotnie, kiedy z bazy huncwotów na górze dobiegł mnie krzyk. Powieka mi nie „drgła”, bo krzyk z góry naszego domu to jest mniej więcej tak zaskakująca sytuacja, jak całkowity ubytek światła słonecznego nocą.

Treść okrzyku również nie budziła zastrzeżeń. „Pali się!”. No i co z tego? Nihil novi, moi mili, jak się dzieci ciągle bawią w strażaków. Choć przyznam, że bałagan i wysoki realizm odgrywanych scenek mogą trochę podnieść ciśnienie zanim się przywyknie. Parę razy sam się zdziwiłem, ile schodów potrafię przeskoczyć na raz. Początkowo prosiłem o mniejsze zaangażowanie emocjonalne w zabawę („Czy wy musicie się tak drzeć!?”), nalegałem też na bardziej „drewniane” aktorstwo, ale wreszcie się poddałem. Teraz „Ratunku!”, „On się topi!”, „Tato, na pomoc!” to mój chleb powszedni. A jest jeszcze „Trzymaj go, ja mu wbiję igłę” i „Musisz topić się bardziej!”.

Dlatego „pali się” nie ruszyło mnie z miejsca. Nawet ręki z kubka nie zdjąłem.

Kłopot  w tym, że zaraz potem dobiegło mnie dość histeryczne „Tato, u nas się pali” i tupot stóp na schodach. A to co innego. W mgnieniu oka byłem na półpiętrze, jedną ręką trzymając się balustrady, by pęd zakrętu nie rzucił mnie na ścianę, a drugą zdzierając z siebie koszulę, spod której wyzierało wielkie, czerwone „S” na obcisłym trykocie… [< tak to widzę] Wróć! Może bym i coś zdzierał na zakręcie, gdybym nie wyczuwał pułapki. [tak było >] Poczłapałem więc ku schodom, marudząc pod nosem, z westchnieniem podpierając się na poręczy jedną ręką, a drugą drapiąc się po klacie przez rozciągniętą koszulkę moro.

Moje obawy co do podstępu szybko rozwiały się jak dym, który zobaczyłem natychmiast po wejściu do ich pokoju. Dymiło się z szafy, z miejsca, w którym nie było nic, co mogłoby się samo zapalić. Żadnej instalacji, żadnego źródła ciepła, nic. Pusta, gładka, wewnętrzna strona zabudowanej szafy. Nie rozumiałem, co się stało. Był dym, był zapach. Nie było powodu. I pomyśleć, że dokładnie wczoraj wieczorem opowiadałem dzieciom, jak ludzie kiedyś czcili zjawiska naturalne, których nie potrafili wyjaśnić. Na kolana?

Jak wspomniałem na początku, w weekendy nie funkcjonuję zbyt dobrze, dlatego przez sekundę brałem pod uwagę, że przegiąłem z wczorajszymi opowieściami i ktoś „na górze” postanowił mój ścisły stosunek do tematu skorygować. Ale dymem w szafie z dziecięcą bielizną? Słabe miejsce na ołtarz (chyba). W tej sytuacji zbliżyłem się do wnęki nie na kolanach i na wszelki wypadek wyjąłem wtyczkę lampki z gniazdka ściennego metr dalej. Diabli wiedzą, może jakieś zwarcie wypromieniowało energię. Jak ktoś oglądał Star Treka to wie, że nie takie rzeczy są możliwe.

I wtedy mnie olśniło. Dosłownie. Słońce wyszło zza chmur i przez okno oświetliło scenę. Znak? Nie, wyjaśnienie (już kończę, bo muszę garkuchnię w bunkrze obsłużyć z obiadem). Promienie owego słoneczka padły na powiększającą część dwustronnego lusterka ustawionego w szafce i odbiwszy się, skoncentrowały w jednym miejscu na ściance. Ta już po kilku chwilach zaczęła się tlić, dymiąc jak kibole na derbach. Sprawdziłem kiedy słońce znowu wyszło zza chmur, że wystarczy jakieś 10 sekund!

Oczywiście, efekt nie następował, jeśli słońce odbijało się od strony ze zwykłym lusterkiem. Po wstępnych ustaleniach zaprezentowałem 100% dystansu i opanowania  („Kto to lusterko tu postawił? Chcecie, żeby dom się spalił!?”). Ochłonąwszy chwilę później, jak każdy świadomy dowódca bunkra, wykorzystałem okazję do przeszkolenia przeciwpożarowego załogi, wzmacniając przy tym (jakże skutecznie!) wiarę w sensowność stosowania zasad BHP w domu i zagrodzie. W ramach zajęć praktycznych pozwoliłem podpalić ściankę jeszcze raz.

Po czym oddaliwszy się, zamyśliłem się, co by było, gdyby nie było nas w domu przez parę godzin, a słońce i lusterko miałyby więcej czasu bez chmur na kontynuowanie swojej zbrodniczej działalności.

Na wszelki wypadek ustaliliśmy, że lusterko zamieszka w szafce. Przyznaję, że cała ta sytuacja nieco zburzyła moje poczucie panowania nad bunkrem. Ostrzegam więc Was, moi mili, kiedy Wy radośnie brykacie sobie wśród naczyń, prania i kurzów, kiedy wyżywacie się artystycznie, kreując wymyślne zupy, kiedy bawicie się w układanie puzzli skarpetek i wymyślnych wież t-shirtów, gdzieś ktoś może dawać ognia, za nic mając Wasze poczucie bezpieczeństwa i schematy.

PS
Naprawdę mocno się tliło i chyba mogło porządnie się zapalić.