fot. Rafał Czerwiakowski

JN: Przyznasz, że to dość ekscentryczny sposób podejścia do zbioru. Choć z drugiej strony, pewnie niewiele się różni od losu rzeczy przekazywanych muzeom przez prywatnych darczyńców. O ile wiem, rozważałeś przekazanie tych dóbr jakiemuś działającemu muzeum publicznemu. Co Cię odstraszyło? Perspektywa zamknięcia ich na lata w jakimś magazynie, do którego nawet muzealnicy zaglądają od wielkiego dzwonu?

RC (wstrząsany dreszczem): Owszem.

JN: Przypuszczam też, że przed przekazaniem trzeba by zbiór szczegółowo skatalogować, by mieć pewność, co jest przekazywane. Przy okazji, tak przygotowane rzeczy miałyby większą szansę na prezentację w formie wystawy. Jak Cię znam, doszedłeś do wniosku, że skoro i tak masz wykonać taką pracę (do niej chciałbym jeszcze wrócić), to wolisz zrobić własne muzeum, mieć kontrolę nad wszystkim i pewność, że do wystaw dojdzie. Prawda?

RC (z westchnieniem): Tak.

JN: Poza tym, nie ma żadnej pewności, że jakieś muzeum będzie chciało dar przyjąć. To jednak oznacza dla takiego podmiotu sporo kłopotów i dodatkowej pracy.

RC (znów wzdycha): Tak właśnie jest.

JN: Cóż, krążymy wokół kwestii wielkości zbioru, jak ćma wokół światła. Wlećmy wreszcie w ten blask. Może akurat to nie jest świeca, a przytulny abażur przedwojennej lampki… Gdyby pokusić się o przeliczenie zbioru na sztuki? Będzie tych piór więcej niż sto?

RC (skrupulatnie usuwa popiół z cygara o krawędź popielniczki): Tak.