fot. Jarosław Nykiel

JN: Skoro znów pojawił się temat pieniędzy, to jest dobry moment, żeby porozmawiać o muzealnym sklepiku. Rozumiem, że ma na to wszystko zarabiać, bo wstęp do muzeum będzie bezpłatny?

RC: Tak.

JN: Nazwa firmy zobowiązuje, więc to, co będzie można znaleźć w ofercie sklepiku to będą rzeczy sprawdzone pod kątem niezwykłości, mające w sobie to „coś”, piórową i dizajnerską „magię”? Zabrzmi to strasznie banalnie, ale spodziewam się rzeczy z duszą. Słusznie?

RC: Jak najbardziej.

JN: Dla mnie, jako miłośnika piór wintydżowych jest to jasne, ale dla porządku zapytam: poza pierwiastkiem niesamowitości, dotknięciem geniuszu projektanta, czy unikatowością historyczną, pióra, które sklepik oferuje, to w pełni funkcjonalne, sprawne, działające przedmioty użytkowe?

RC (z oburzeniem): Oczywiście!

JN: Sam je naprawiasz i restaurujesz. To wymaga sporej wiedzy i doświadczenia. Czujesz się pen doctorem?

RC (odkłada na stół pióro, które oglądał i wraca na fotel przede mną): Nie!

JN: Rozumiem, że nie masz poczucia bycia wybitnym specjalistą. To godny uznania umiar w ocenie swoich możliwości. Gdybym się jednak upierał przy medycznej terminologii, to w porównaniu z osobą na poziomie profesora neurochirurgii, można by Cię chyba określić kimś w rodzaju lekarza pierwszego kontaktu?

RC (bardzo ostrożnie): Hmmm… niech będzie.

JN: Twoja skromność przynosi Ci chlubę. Wiem, że nie wahasz się sięgać po pomoc zaprzyjaźnionych specjalistów i nie widzisz  w tym żadnej ujmy. Swoją drogą, to szczęśliwy zbieg okoliczności, że tuż obok, godzinę jazdy samochodem, praktykuje prawdziwy profesor medycyny piórowej. Mam na myśli Przemka Dudka. W razie potrzeby możesz zwrócić się do niego w trudnych muzealnych przypadkach.

RC: Tak!