Gangsta Santa, czyli prezentowy wyścig o wpływy

Starszy, brodaty mężczyzna krążył dookoła stołu, niespiesznie stawiając kroki. Blask świec odbijał się w wypolerowanych cholewkach jego wysokich czarnych butów. W panującej ciszy słychać było każdy szelest czerwonego płaszcza. Rytmiczne trzeszczenie desek podłogi i brzęk dzwoneczków na choince, o którą zawadzał co okrążenie, sprawiały wrażenie, że w chacie pracuje jakiś dziwny zegar, który magicznie odlicza czas do godziny zero. A przecież wszyscy zebrani wiedzieli, że chodzący dookoła nich człowiek po prostu nie mieści się obok choinki, a podłoga źle znosi jego nadwagę. Wszystko przez ciasteczka.

– Czemu nikt nie je świątecznych ciasteczek? Przecież cały rok tak na nie czekacie… – pytanie zabrzmiało bardziej jak skarga niż próba zasięgnięcia informacji. – Jedzcie, przynajmniej będzie wiadomo, dlaczego nic nie mówicie.

Jeden z elfów sięgnął w stronę talerza na środku stołu, ale pozostałe spojrzały na niego tak, że natychmiast cofnął rękę.

– Nie będziemy objadać się słodyczami, kiedy ty się martwisz. – Elf siedzący u szczytu stołu, naprzeciwko wielkiego krzesła przypominającego tron, patrzył na Mikołaja wielkimi, smutnymi oczami.

– Nie martwię się. – Mężczyzna wyraźnie się rozczulił. – No, w każdym razie nie bardzo. Tylko zastanawiam się, co zrobić.

– A musimy w ogóle coś robić? – Głos małego elfa był ledwo słyszalny.

– Ho, ho, ho! – Mężczyzna śmiał się, aż trzęsła mu się biała broda. Nagle spoważniał. – Musimy, choć wiem, że jesteście jeszcze zmęczeni po imieninach. Zjedzcie ciastka, coś wam wyjaśnię.

Elfy ochoczo rzuciły się ku talerzom, a Mikołaj usiadłszy na swoim wielkim krześle, tłumaczył im długo i zawile, że wcale nie ma żadnych pretensji do Gwiazdora (choć mógłby być mniej oszczędny), że naprawdę lubi Gwiazdkę, a prezenty, które daje Aniołek są świetne. Ze trzy razy podkreślił, że przecież kocha dzieci, a z Dzieciątkiem to już w ogóle nie zamierza mieć żadnych sporów. To nie jest jakaś tam walka z konkurencją, to coś bardziej skomplikowanego. To być, albo nie być.

– Nie chodzi o to, co jest teraz – tłumaczył, odpowiadając na pytanie, po co się martwić, skoro w ponad połowie kraju w Święta wierzą właśnie w niego. – Chodzi o to, co będzie kiedyś. Niektórzy z was pamiętają, co się stało, kiedy przez chwilę mieliśmy mniejsze możliwości działania. Kto się pojawił? Kto mnie zaczął zastępować?

– Dziadek Mróz? – Smutny elf najwyraźniej pamiętał.

– Tak, Dziadek Mróz. Jakoś dogadał się z ważnymi ludźmi i nagle okazało się, że coraz częściej to on wręcza prezenty. Przetrwałem wtedy tylko dzięki temu, że większość jednak uważała go za obcego. Prawda jest taka, że to dobry staruszek, którego wykorzystała grupa łobuzów. Dobrze się stało, że wrócił do domu. Widzicie? To, że teraz wszystko wygląda dobrze, nie znaczy, że zawsze tak będzie.

– I nie można powiedzieć, że się nie staramy. – kontynuował, schrupawszy ciastko. – Zmieniłem wizerunek, sposób ubierania się, zwołałem was, ożeniłem się, uprościłem przekaz. Wymyśliłem nawet ten numer z wchodzeniem przez komin. Widzieliście jak to się przyjęło? Nic nie dzieje się przypadkiem. Tak, dzisiaj moje imieniny obchodzi się niemal na całym świecie, ale popatrzcie tylko, jak zaczęły się łączyć ze świętami. Na razie korzystamy na tym, ale co będzie później? Może okaże się, że już nie jestem potrzebny i…

– Nie! Nic takiego się nie zdarzy! – najmniejszy elf wdrapał się na kolana staruszka i szarpał go za brodę. – Nie!

– Ależ spokojnie, spokojnie… zrobimy co się da. Tylko co dokładnie?

– Musimy przekonać jak najwięcej ludzi, że to ty jesteś od ogarniania prezentów. Ty i tylko Ty. – Smutny elf nie był już smutny. Teraz podskakiwał na krześle rytmicznie. – Zrobimy piosenkę. Rap.

– Ho, ho! Rap?

– Tak, zrobimy rap. Bo jest rytmiczny i łatwo zapamiętać. Zaczynamy prezentowy wyścig o wpływy. A ten rap, to będzie nasz hymn.

.

Nie obyło się bez kłopotów. Mikołaj bardzo się krępował i próbował wykpić się powtarzaniem swojego „ho, ho”. Kiedy wreszcie napisał tekst, a Mikołajowa naniosła poprawki, obraził się i odmówił śpiewania źle o Gwiazdorze. Na szczęście dał się przekonać, że to tylko żarty, a Gwiazdor ma poczucie humoru i sam zna swoje wady. Zresztą, ciągle żartuje z ogromnego brzucha Mikołaja, więc nie powinien mieć o nic pretensji.

Chórki się nie nagrały, bo elfy najpierw się wstydziły, a potem najmłodszy zasnął na mikrofonie i tylko od czasu do czasu słychać jego posapywanie. To chyba jednak i tak lepiej niż dzikie wrzaski reszty.

Kiedy wreszcie skończyli, okazało się, że w paru miejscach rap i podkład troszkę się rozjechały. Do tego wokalista ochrypł tak bardzo, że jego popisowe zawołanie zaczynało przypominać coś w rodzaju „hr, hr”. Było więcej usterek, ale nie było już czasu na poprawki. Trzeba było wysłać rap do ludzi.

I wtedy Mikołaj oświadczył, że „on się wstydzi”. Na nic tłumaczenia, że nie jest aż tak źle, że naprawdę dobrze sobie poradził, jak na kogoś, kto nie śpiewa nawet przy goleniu – uparł się i już. Katastrofa wisiała w powietrzu, kiedy do akcji znowu wkroczyła Mikołajowa.

– Trzeba to puścić pod pseudonimem. Wybierz jakiś, może nowy, a może podszyj się pod kogoś mało znanego, bez historii w branży, żeby cię nie pozwał i już. Jak się uda, będzie ci dziękował, jak polegniesz, nic nie straci.

Nie czekając na odpowiedź, zaczęła przeglądać wyniki wyszukiwania na komputerze.

– O, ten się nada. Kliknąć?

– Klikaj! – ryknęły elfy, a Mikołaj zrezygnowany machnął rękę.

I oto jest.

Kliknięcie w obrazek poniżej przenosi Cię do serwisu Youtube.