Co mnie zaskoczyło w zoo w Ostrawie? Kto tam kogo ogląda?

zoo w Ostrawie - giboniec

Nie lubię ogrodów zoologicznych. Te, które odwiedziłem, sprawiały, że wracałem przygnębiony. Kiedy więc w rozmowach o wakacyjnych planach pojawił się temat zoo w Ostrawie, byłem sceptyczny. Jednak ogrom pozytywnych opinii w sieci, przekaz medialny ogrodu i bliskość skusiły. Jak było?

Zoo w Ostrawie to doskonale zorganizowany park rozrywki

Recenzje podkreślają, że to miejsce przyjazne rodzinom z dziećmi. To prawda. Kilka parkingów, efektywna organizacja wejść, wózeczki na bagaż, dostępność toalet, wody pitnej, smakołyków i miejsc do zabawy jest ogromna. Zoo w Ostrawie kusi obietnicą całodziennego pobytu z dziećmi bez nudy i słowa dotrzymuje.

Zapłacisz kartą, koronami, złotówkami i w euro. Bilety kupisz online i na miejscu. Dogadasz się po polsku. Obsługa jest przyjazna. Oferta gastronomiczna potężna. Nie spodziewaj się jednak specjałów. Wyprażany syr to gotowiec z paczki, frytki mrożone, podobnie jak zapiekanki itp. To nie zarzut, trudno oczekiwać, że w takim miejscu będzie inaczej. Jest za to dużo miejsc, w których zjesz własny posiłek. W restauracji jest kuchenka mikrofalowa, w której odgrzejesz jedzenie dla dzieci.

To nie jest miejsce dla empatycznych miłośników przyrody

Na drugim biegunie jest obietnica ukryta w podkreślanej wszędzie wielkości i nowoczesności zoo w Ostrawie. Otóż ta przestrzeń i jakość są obecne, ale służą przede wszystkim ludziom. Naprawdę nowoczesnych, dużych wybiegów zwierząt, przygotowanych z elementarnym poszanowaniem ich minimalnych potrzeb, jest niewiele.

Mnogość tras, ich urządzenie, dostępność dla osób na wózkach i z wózkami są bardzo mocną stroną terenu. Dla ludzi. Jeśli chodzi o zwierzęta – bez złudzeń. Są tam głównie dla ludzkiej rozrywki.

Mini zoo w Ostrawie to sala tortur

Jak każde mini zoo w zasadzie. Ten model jest nie do obrony. Przekarmiane granulkami stłoczone zwierzęta, których granice nie są w żaden sposób respektowane. Potrącane i zaszczute ciężarne kozy. Tylko człowiek bez żadnej refleksji może się tam dobrze czuć. Sądząc po frekwencji – jest to większość. Trudno mieć pretensje do dzieciaków, ale już dorośli powinni mieć więcej rozsądku. Swoją drogą, ze zwierząt udomowionych wrażenie zadowolonych robiły… świnie. Zajęte ryciem i tarzaniem się w błocie, niespecjalnie przejmowały się zgiełkiem.

Moje najlepsze miejsca to te, w których możesz nikogo nie zobaczyć

Myślę, że za takie można uznać Chitwan – wybieg niedźwiedzi tybetańskich i azjatyckich małp. Z pomostu nad wąwozem, w którym się znajduje, można obserwować duży teren. Możesz też podejść od strony pawilonu. Jednak zalesiony wybieg jest tak duży, że niedźwiedzie i małpy mają szansę uniknąć ludzi. Tu chyba zoo w Ostrawie jakoś daje radę. Podobno także pawilon ewolucji z szympansami jest takim miejscem, ale już nie zdążyłem tego sprawdzić.

Gibony w zoo w Ostrawie zachwycają i smucą

Z jednej strony giboniec białolicy ma od jakiegoś czasu nowoczesny wybieg i warunki uznawane za bardzo dobre. Nie ma klatek, w których ogląda się te piękne małpy z bliska. Dobrze, bo to dla nich lepsze, a obserwacja z oddali, jak poruszają się po linach i wysokim drzewie, jest pasjonująca.

Jednak przychodzi świadomość, że to mimo wszystko karykatura ich naturalnego środowiska (w którym zresztą zanikają). Tu mają jedno drzewo, liny i betonowe imitacje konarów oraz półek skalnych. Po co trzymać je w zoo? Dla naszej próżności? Przecież nawet nie mają gdzie wrócić. Napiszę jeszcze o tym.

Z pozytywów – pandka ruda to istota doskonała

Najwięcej czasu spędziliśmy przy pandce rudej. Jej wybieg jest podobno co najmniej poprawny, a tryb życia sprawia, że trzeba uzbroić się w cierpliwość. Ludzie więc przystają na chwilę i… lecą dalej. My posiedzieliśmy dłużej, spokojnie obserwując.
Dostaliśmy w nagrodę widok pandki śpiącej, jedzącej, wspinającej się i myjącej. A kiedy miała dosyć naszej bliskości, bez problemu odeszła głębiej, między drzewa, bujając wspaniałym, pręgowanym ogonem. Mam nadzieję, że upały jej nie zaszkodzą, podobno zoo w Ostrawie chłodzi ten wybieg.

zoo w Ostrawie - pandka ruda

Pawilon Amazonia zoo w Ostrawie to porażka

Przed wejściem ary, które nie mają warunków do lotu. Stłoczone, przebodźcowane. W środku tamaryny na kilkumetrowej powierzchni. Istoty żyjące w naturze w koronach drzew, sadzące susy po kilka metrów – tu stłoczone w miejscu bez drzew. Byle tylko wystawić je na widok. Koszmar.

Słonie w betonie. Niby sporo miejsca, ale to kłopot systemowy

Miejscówka słoni jest nawet dość duża i zróżnicowana, ale to ciągle moim zdaniem standard z przeszłości. Beton, bariery… Jak to się ma do ich naturalnych potrzeb? Nijak. To jeden z tych gatunków, któremu w ogrodzie zoologicznym moim zdaniem nie da się zapewnić minimum. Podobnie jak żyrafom, nosorożcom, wielkim kotom itd.

Ptaki zoo w Ostrawie żyją w dwóch światach

Najbardziej przygnębiający widok – puszczyk w starej wolierze (klatce), siedzący tuż przy ziemi, metr od ludzi. I obok sowa śnieżna, w podobnych warunkach. Wcześniej wspomniane papugi. To mroczna strona tego miejsca. Podobno jest jeszcze jasna, z nowoczesnymi wolierami, tak przyjazna, że niektóre ptaki stamtąd trafiają na wolność, do swojego naturalnego środowiska.

zoo w Ostrawie

Ten drugi świat muszę dopiero zobaczyć. A tuż przy wejściu/wyjściu spotkałem jeszcze flamingi. Cóż… plastikowe flamingi widuję czasem w ogrodach i te tutaj chyba występują w podobnej roli. Nie umiem ocenić ich stanu, ale to wyglądało jak klasyczna ekspozycja ozdobna.

zoo w Ostrawie - flamingi

Jeden dzień to za mało na całe zoo w Ostrawie

Nie wszędzie dotarłem. Moja powypadkowa noga nie ułatwiła sprawy, ale dobra infrastruktura sprawiła, że mogłem sporo połazić. Ścieżki lasu, cienia i wody musiałem odpuścić. A podobno są warte uwagi. Może wrócę zobaczyć jeszcze żbiki, rysie i duże woliery ptaków…

Na pewno nie wrócę do karakali. Spotkałem tam biedne zwierzę, utykające, krążące po ciasnym okręgu, nerwowo reagujące na zwiedzających. Mieszkający obok manul nie ukazał się, co uważam za jakiś plus, uwzględniając skromny wybieg.

Czy zoo w Ostrawie ma sens?

Najkrócej rzecz ujmując – z punktu widzenia indywidualnego interesu zwierząt – nie ma. Żadne zoo nie ma. Ogrody zoologiczne to relikt przeszłości. Oczywiście dużo się zmienia, ale ciągle podstawowy cel – umieszczanie dzikich zwierząt poza ich naturalnym środowiskiem dla ludzkiej rozrywki to wyraz naszej pychy i zarozumialstwa.

Oczywiście, zachowanie ginących gatunków może mieć sens. Jednak chyba tylko wtedy, kiedy mamy realną perspektywę na ich powrót do środowiska. Po co trzymać w niewoli zwierzę, które nie ma gdzie wrócić? Dla uspokojenia sumienia ludzi? Przecież to nie jest żaden ratunek. Pula genowa? I co zrobimy? Za sto, dwieście, trzysta lat znowu zaingerujemy w środowisko, stworzymy program reintrodukcji, który cofnie czas? Trudno mi sobie to wyobrazić.

Kiedy myślę o tym, co dziś dzieje się na świecie, jak wygląda presja człowieka na środowisko i zwierzęta, to dochodzę do wniosku, że… nie ma dobrych rozwiązań. Azyle dla uratowanych z opresji zwierząt udomowionych. I jakieś parki na dożycie dla tych dzikich, które miały pecha trafić na ludzi. W obu przypadkach na dożycie, bez rozmnażania.

Czym więc zaskoczyło mnie zoo w Ostrawie?

Dysonansem pomiędzy świetnym wrażeniem z sieci, a dużą liczbą zwierząt utrzymywanych we wręcz skandalicznych warunkach. Trochę dałem się nabrać na dobrą opinię o tym miejscu. Domyślnie rozszerzyłem ją sobie na standard opieki na zwierzętami.

A tymczasem ona opiera się przede wszystkim na dwóch czynnikach: ogromnej powierzchni i ofercie zbudowanej pod ludzi. Ta powierzchnia w mojej ocenie w zbyt małym stopniu służy zwierzętom. Zaś dopasowanie do ludzi ma swoją cenę.

O 10:00 we wtorek (!) brak miejsc na najbliższych parkingach (jest też zakaz wjazdu dla LPG na podziemny). Na ścieżkach głównych mnóstwo ludzi i potężny hałas dookoła. Homo sapiens jest tam reprezentowany najliczniej i pewną rozrywką (choć trudną) może być obserwacja właśnie przedstawicieli tego gatunku. Szczególnie kiedy cmokają, piszczą, mlaskają, skaczą i wymachują kończynami, żeby sprowokować zwierzęta do reakcji.

Wtedy przez chwilę można się zastanowić: kto tu kogo ogląda? Może to my jesteśmy w wielkim „humanarium”? Zaraz jednak przypomniałem sobie, że jeszcze w XX wieku w Europie można było oglądać rdzennych mieszkańców Afryki na stałych ekspozycjach w ogrodach zoologicznych. Kurtyna.

Abisyńscy Somalijczycy w zoo - zdjęcie tekstu z „Mitteilungen aus dem Frankfurter Zoo” z 1926 r. Ostatnią ekspozycję z pokazem rdzennych mieszkańców Afryki zorganizowano w Belgii w 1958 r. (fot. domena publiczna)
Abisyńscy Somalijczycy w zoo – zdjęcie tekstu z „Mitteilungen aus dem Frankfurter Zoo” z 1926 r. Ostatnią ekspozycję z pokazem rdzennych mieszkańców Afryki zorganizowano w Belgii w 1958 r. (fot. domena publiczna)

JN