Zastanawiałem się, czy nie uciec do przodu od mojego Canona R10, który całkiem niedawno zastąpił w plecaku model RP. Nie polubiłem się z nim i rozważałem alternatywy. Na negatywie preferowałem średni format, marzyłem o wielkim, więc nic dziwnego, że APS-C okazało się rozczarowującym krokiem wstecz, motywowanym benefitami przelicznika w makro i fotografowaniu ptaków. Fizyka jednak zaskrzeczała. Uznałem, że chcę wrócić do pełnej klatki.
Ostatnie kuszenie pikselami
I patrząc na obecne oferty zacząłem czytać bardzo szczegółowo specyfikacje, opis funkcji aparatów i ich działania. Przez chwilę pomyślałem, że może to jest ta okazja, żeby raz nie iść na kompromis, zaszaleć, sprzedać nerkę i kupić aparat pełnoklatkowy z dużą rozdzielczością matrycy, żeby wreszcie delektować się szczegółami na zdjęciach.
Ostatecznie zwyciężył rozsądek, ale przy okazji dowiedziałem się o zmianach, które wprowadza się w nowych modelach aparatów. I trochę mnie one zaszokowały. Aparaty jako narzędzia ludzkiej twórczości powoli odchodzą do lamusa.
Czy sprzęt ma znaczenie w fotografii?
Właśnie, narzędzia. Choć to nie one kreują, to dobre narzędzie jest najlepszym przyjacielem twórcy, bo bardzo ułatwia kreację. To mit, że sprzęt nie ma znaczenia w pracy. Ten banał pokutuje między innymi wśród fotografów. Ciągle ktoś go powtarza, a przecież to nie jest prawda. Oczywiście, że ma, choć można to znaczenie na różne sposoby kształtować.
Tak, da się sprzętem niższej klasy, słabszej jakości, osiągać zaskakujące rezultaty, ale zwykle trzeba wtedy albo wybrać specyficzny sposób pracy, zrezygnować z czegoś, albo użyć innych, dodatkowych narzędzi, żeby jakoś ograniczenia sprzętu kompensować. Albo iść na kompromis z jakością.
A co, jeśli narzędzie, po które sięgasz zmusza Cię do innego kompromisu, bo nie tylko kompensuje ograniczenia, ale generuje rezultat przekraczający granice Twoich umiejętności, czy nawet… rzeczywistości?
Czy walec AI układa nam drogę do szczęścia?
Rozwój technologii postawił nas przed wielkim dylematem za sprawą powstania sztucznej inteligencji. Trochę nie lubię tego określenia, bo to żadna inteligencja (na razie), ale niech będzie. Co rusz wybucha awantura o publikacje z jej wykorzystaniem. Sieć jest zalana jej wytworami. Dla wielu ludzi jest to nieocenione narzędzie, dzięki któremu osiągają rezultaty szybciej i łatwiej oraz sposób na uniknięcie kompromisu z jakością. Tak przynajmniej im się wydaje.
Czy AI to takie samo narzędzie jak na przykład obiektyw czy pióro? Chyba jednak nie. Pióro nie napisze wiersza bez człowieka. Obiektyw na Twoim aparacie bez Ciebie nie wybierze miejsca, sceny i czasu, nie zrobi zdjęcia. Aparat też. A jednak za sprawą AI dokonuje się zmiana, która może mieć wpływ na to, jak patrzymy na relację użytkownika z narzędziem tworzenia i tym, co w tym akcie powstaje.
Jak długo będziesz jeszcze potrzebny, człowieku?
Trwa proces wdrażania coraz większej ingerencji AI w powstawanie zdjęcia. Najpierw systemy automatycznego ostrzenia (AF) nauczono rozpoznawać obiekty i śledzić je, by ułatwić fotografującemu zrobienie ostrego ujęcia. To co prawda zmniejsza rolę umiejętności fotografa, ale zwiększa szanse na dobre ujęcie, bez tworzenia czegoś, co bez udziału człowieka nie byłoby możliwe. Rezultatem jest obraz będący zapisem rzeczywistości.
Potem nauczono aplikacje przewidywać zachowanie obiektów i nie gubić ich nawet wtedy, kiedy na przykład śledzone oko ptaka zniknie za liściem. Kolejna ingerencja w proces, jeszcze bardziej osłabiająca rolę umiejętności fotografującego. Jednak wciąż do przyjęcia, skoro oko ptaka jednak musi wyłonić się zza liścia, by na zdjęciu się pojawić.
Lecz to nie koniec. Okazuje się, że algorytm AI wypiera także te funkcje, które dla powstania obrazu dotychczas wymagały dostarczenia rzeczywistych zapisów na matrycy, wręcz fizycznych działań zmierzających do rejestracji zdjęcia.
Zgadywanie pikseli zamiast zapisu rzeczywistości
Jest taka funkcja w droższych modelach aparatów pełnoklatkowych z matrycami o większej niż standardowa rozdzielczość, która polega na wykorzystaniu stabilizacji do robienia zdjęć o ogromnej rozdzielczości. Aparat robi kilka zdjęć sceny, przesuwając matrycę o piksel w różnych kierunkach. Dzięki temu za każdym razem matryca zapisuje tylko jeden rodzaj informacji, zamiast kilku na raz. I potem te zdjęcia łączy się programowo (już aparacie lub w komputerze), tworząc jeden potężny obraz z masą zarejestrowanych detali. Niesamowita funkcja na przykład do zdjęć krajobrazu.
I wiecie co? W najnowszych modelach tę opcję zdaje się wypierać algorytm. Tak stało się na przykład w Canonie R5 mk II. Upscaling AI powiększa zdjęcia, bez robienia wielu ujęć. A tam, gdzie mu braknie informacji, a braknie przecież, wymyśli je sobie. Producenci trenują programy na gargantuicznej bazie zdjęć, żeby zadaniu podołały.
Po prawdzie, problem dodawania informacji jest już w jakimś stopniu obecny w oprogramowaniu, które korzysta z odszumiania zdjęć przy pomocy AI. Bo przecież działanie tych funkcji polega na „domyślaniu się” przez aplikację jakie piksele dobrać w miejsce „szumu” dla najlepszego odwzorowania tematu zdjęcia. Krótko mówiąc: program rozpoznaje, że na zdjęciu jest, dajmy na to, sikorka, i mając w zasobach miliony informacji o tym jak wygląda ten ptaszek z najdrobniejszymi szczegółami, uzupełnia obraz tam, gdzie szum uniemożliwił zarejestrowanie dokładnych informacji na matrycy. Efekty są spektakularne, ale mam coraz większą wątpliwość, czy to co dostaję w rezultacie, to ciągle moje zdjęcie, czy już moje i aplikacji?
Znowu oddaliśmy pole możnym tego świata
Intuicja mówi mi, że to się jakoś ułoży, że musimy przebyć pierwszy etap zachłyśnięcia się AI i nauczyć z nią pracować. Póki co, mam wrażenie, że jest niemal zupełna anarchia. Jak kiedyś, kiedy puściliśmy na luz cyfryzację i internet, naiwnie wierząc, że przyniosą powszechny dobrobyt i dostęp do nauki, wiedzy i osiągnięć ludzkości. Przyniosły?
Na pewno – fortuny tym, którzy te obszary skomercjalizowali. I teraz trzymają nas w garści, bo przecież zawsze mogą wyłączyć usługę, serwer, dostęp. Wyobrażacie sobie skasowanie usług takich jak Gmail? Co będzie, jeśli uzależnimy się w codziennym działaniu od skomercjalizowanych modeli AI, a ich właściciele postanowią podnieść stawkę? Pamiętacie jeszcze solenne zapewnienia, że AI będzie dla każdego za darmo? A ile razy dostaliście informację, że wyczerpaliście limit zapytań i musicie kupić abonament, żeby kontynuować?
Czy to moje zdjęcie grzyba?
Zdjęcie, które publikuję jako ilustrację do tekstu zrobiłem jakiś czas temu. A raczej zdjęcia. To przykład kompromisu z ograniczeniami narzędzia, który wymusił skorzystanie z innego jeszcze narzędzia, żeby uzyskać efekt zbliżony do oczekiwań i rzeczywistości. Już tłumaczę.
Maleńki grzybek, który sfotografowałem jakiś czas temu w rezerwacie w Karkonoszach, najlepiej byłoby ująć korzystając z obiektywu makro. Nie miałem go wtedy. Miałem ze sobą inny, znacznie tańszy, gorszej jakości optycznej. Postanowiłem skorzystać z opcji składania kilku ujęć w celu uzyskania odpowiedniej głębi ostrości na zdjęciu. W tym celu aparat robi serię zdjęć, za każdym razem przesuwając ostrość odrobinę głębiej w kadr. Potem te pliki łączy tak, by to, co jest tematem zdjęcia było odpowiednio ostre.
Serię zrobiłem z ręki, a więc obraz na poszczególnych kadrach nieco się różnił od siebie, a to sprawiło, że aparat nie poradził sobie dobrze ze składaniem tego w całość. Nie dodawał nic, zostawił wady, bo nie umiał tego odpowiednio przeliczyć. Photoshop też niezbyt. Dopiero użycie profesjonalnego programu Helicon Focus, specjalizującego się w łączeniu zdjęć, przyniosło upragniony rezultat. W każdym razie, rezultat akceptowalny.
Czy to ciągle moje zdjęcie? Hmmm… Myślę, że tak. A może nie, bo kliknąłem odszumianie AI? Znalazłem tego grzybka, wymyśliłem kadr, zaplanowałem i wykonałem ujęcia, które każde z osobna istnieje. Część pracy zautomatyzowałem. Dalszą pracę powierzyłem innemu narzędziu, które analizuje obrazy i dobiera z każdego z nich elementy, łącząc je. Jego zadanie to selekcja z zarejestrowanego materiału i łączenie, a nie tworzenie nowych elementów.
Czy mogę twierdzić, że zrobiłem to ujęcie jednym strzałem? Nie. Czy powinienem pisać, że to kanapka ze zdjęć? Tak. Czy to sprawia, że to nie jest rzeczywista fotografia tego konkretnego grzyba w konkretnym miejscu i czasie? Ależ jest. A gdybym chciał jeszcze powiększyć to zdjęcie i użył Upscalingu AI? Nie wiem. A Ty?
Firmy udają, że nie widzą słonia w pokoju
Wiesz, że Adobe uznaje funkcję odszumiania AI za niewymagającą dołączenia do obrazu poświadczeń zawartości wskazujących na udział sztucznej inteligencji w jego powstaniu, choć ten udział jest niezaprzeczalny? Zgadnij, czy ktoś chciałby kupować ich abonament, gdyby zdjęcia odszumione w Photoshopie przez AI były flagowane wszędzie jako wygenerowane przez sztuczną inteligencję. Zamiast więc zmierzyć się z problemem, udają, że odszumianie AI nie jest ingerencją… AI. Ja chyba sobie odpuszczę.
PS
A to, co się dzieje w telefonach, to już zupełne szaleństwo. Przed nami wielkie wyzwania związane z wiarygodnością obrazu wykreowanego w aparacie telefonicznym. Czy takie „zdjęcie”, które jest w zasadzie dziełem AI wygenerowanym na podstawie materiału z matrycy, ma szansę utrzymać się jako dowód w sądzie? Co z kamerkami w samochodach?
Specyfikacja Canona R5 na stronie producenta. W części dotyczącej wielkości obrazu informacja o funkcji IBIS – zdjęcie JPEG w wysokiej rozdzielczości: 24 576 × 16 384
Specyfikacja Canona R5 mk II na stronie producenta. W dziale wielkość obrazu informacja o narzędziu Neural Network Upscaling do 16 384 × 10 928 (179 MP)
Więcej mojego marudzenia o fotografii: fotografia